» Nasz człowiek w Londynie. Relacja ze Stadium Tour po WHL
-
Plotki transferowe - lato 2026
-
Ta ostatnia niedziela. Tottenham - Everton.
-
Koniec jest bliski. Chelsea - Tottenham.
- zobacz więcej wiadomości
Tydzień temu wróciłem do Polski po niemal dwutygodniowym pobycie w Anglii. Na Wyspy udałem się przede wszystkim po to, by zaczerpnąć solidnej dawki języka angielskiego i aby poszerzyć swoje horyzonty właśnie w tym zakresie. Miałem tę przyjemność, że mój pobyt organizowany był przez firmę JD Arch, która zapewnia nie tylko kurs języka, w postaci codziennych rozmów z wysoko wykształconymi Anglikami, lecz także daje mi wolną rękę, co do wyboru dodatkowych zajęć/wyjazdów w trakcie mojego pobytu. Zatem za pewne wszyscy się domyślają, dlaczego moja relacja znajduje się na tejże stronie, jaką jest tottenham24.pl. Jakim byłbym kibicem, gdybym będąc na Wyspach nie zwiedził White Hart Lane?! Mam wielką przyjemność zaprosić wszystkich czytelników naszego portalu na moją krótką relację ze Stadium Tour po stadionie najlepszego klubu świata, jakim jest Tottenham Hotspur.
Jeśli ktoś kiedykolwiek zapragnie pójść w moje ślady i udać się na Stadium Tour po White Hart Lane, jedyne co musi zrobić to zaopatrzyć się w bilet na takową wycieczkę. Bilety dostać można na oficjalnej stronie internetowej klubu, podając swój adres. Rzeczone wejściówki trafią do nas drogą pocztową. Cena ich zależna jest od tego, czy jesteśmy osobą dorosłą, czy jeszcze do tej 18-stki trochę brakuje (tak, jak mi). Oczywiście polecam bilet zamówić już po zameldowaniu się w Anglii, ponieważ nie trzeba będzie na niego czekać ponad tydzień, a raptem 2-3 dni. Wróćmy jednak do meritum.
Moja wizyta w północnym Londynie wypadła na 21 lutego. Sobota, dzień, jak co dzień. Otóż nie. Inną sprawą jest, że właśnie wtedy spełniło się marzenie 17-latka z Polski. Wtedy to także stadion był przygotowany na starcie derbowe z West Ham (2-2, coś okropnego swoją drogą). Widziałem, jak rozkłada się cały sprzęt, całą elektronikę, stanowiska komentatorskie, loże VIP oraz całą otoczkę wokół tego wydarzenia, jakim jest mecz. Trzeba bowiem powiedzieć, że jeśli ktoś ogląda mecz w telewizji, nasze oko i umysł skupia się na tym, co dzieje się na murawie. Nie obchodzi nas to, czy stadion jest czysty, czy sztućce dla gości są powycierane, czy widelec nie leży przypadkiem po złej stronie talerza, czy puchary w gablotach lśnią… To wszystko omija nas szerokim łukiem, a jednak za każdą z powyższych czynności, na White Hart Lane (za pewne nie tylko tutaj) odpowiada konkretna osoba. Stadion już dzień przed meczem wręcz tętni życiem, po korytarzach krzątają się pracownicy, a to wszystko po to, by Ci, którzy zapłacili dość słuszne pieniądze za bilet na mecz, mogli cieszyć się widowiskiem na murawie, ale także i poza nią. Znowu odbiegam od tematu, lecz proszę o wyrozumiałość. Chcę bowiem opowiedzieć Wam wszystko, a nie chcę czegoś pominąć.
Podczas całego mojego pobytu mieszkałem w Charlton. Bardzo sympatyczna okolica, niezbyt zamożna, jednak dysponująca jednym, niezwykle ważnym atutem; zawsze wiesz, kiedy Charlton Athletic strzela bramkę, bo kibiców da się usłyszeć po drugiej stronie miasteczka.
Godzina 8:00, wstajemy i zajadamy porządne śniadanko, bo dzień zapowiada się na intensywny. Karmiłem się co prawda samym podekscytowaniem, ale to już inna sprawa.
Wizytę na Lane miałem zaplanowaną na godzinę 11:00, jednak poproszono mnie, aby zjawić się 15 minut wcześniej.
Wsiadam w pociąg. Moim pierwszym przystankiem jest Greenwich, bo tam, czeka na mnie mój opiekun (jak wspomniałem; jestem jeszcze smarkaczem) i kibic Tottenhamu - Pedro. Po krótkim zapoznaniu i wymienieniu paru słów - mkniemy na powrót do metra i teraz już prosto do Tottenhamu, a konkretniej - na stację “Seven Sisters”.
Po 45 minutowej podróży, wypełzamy spod ziemi i naszym oczom ukazuje się Ta dzielnica.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, a właściwie w głowę, to uczucie inności tego rejonu. Tottenham wydaje się czarny (nie w rasowym sensie). Nie wiem, jaki jest odsetek przestępczości, ale szacowałbym, że spory. Czułem się tam - najzwyczajniej mówiąc - niepewnie i niebezpiecznie, a było to przed południem…
No ale nie przyjechałem tu po to, by walczyć z przestępczością, tylko żeby odwiedzić mój drugi dom!
Patrzę na rozkład jazdy busów, ponieważ jestem leniem i naspacerowałem się już wystarczająco po centrum miasta (dla piechurów - 15 minut spaceru od stacji do stadionu). Moim oczom ukazuje się taki oto widok:
Wskakujemy i jedziemy! Po drodze po prawej stronie można dostrzec sklep z polską żywnością. Ot taki mały polski akcent w Tottenhamie.
Nie mija 5 minut, jak naszym oczom ukazuje się znamienita metalowa konstrukcja wspomagająca całą konstrukcję dachu White Hart Lane. Po dwóch przystankach wysiadamy i… No właśnie. Na biletach nie mamy nic napisane, mamy się zjawić 15 minut przed. Ok, gdzie? Jedynym racjonalnym pomysłem wydaje się wejście do klubowego sklepu i uprzejme zapytanie miłych pań pracowniczek.
Okazuje się, że zbiórka jest właśnie w klubowym sklepie. Mamy chwilkę czasu, nie sposób więc nie kupić sobie jakiegoś pięknego suweniru przyozdobionego Kogucikiem.
Wybija 12. Zwartą, około 20-osobową grupą ruszamy w kierunku stadionu. Wkraczamy na Bill Nicholson Way, która wiedzie nas prosto do bram raju każdego kibica Spurs.
Pierwsze, co zostaje nam zaprezentowane, to pomieszczenie konferencyjne. Możemy poczuć się przez chwilę jak dziennikarze oczekujący na Pochettino, który udzieli jakiegoś błyskotliwego wywiadu pomeczowego, lub sami mamy możliwość zagrzania krzesła naszego Mauricio (co sam zrobiłem).
Po udzieleniu krótkiego wywiadu, zrobieniu zdjęć, udajemy się na drugi poziom trybun, do sektora dla najważniejszych osobistości na stadionie oraz gości prezesa Levy’ego. Dowiadujemy się do kogo należą poszczególne miejsca, gdzie siaduje Roy Hodgson, żeby obserwować Harry’ego Kane’a, gdzie zwykli siadać przedstawiciele rywali itd.
Jeśli kiedykolwiek ktoś powie, że na White Hart Lane gości 36,230 kibiców (pełna pojemność stadionu) - będzie to kłamstwo, ponieważ od 23.10.2004 roku, jedno krzesło na trybunach zawsze będzie puste. Należy ono bowiem do Billa Nicholsona. Człowieka, który od 16 roku życia był oddany Tottenhamowi. O życiorysie tej wybitnej postaci polecam poczytać we własnym zakresie, ponieważ jego historia to coś, co powinien znać każdy, prawdziwy Kogut. A wracając do relacji, stadion prezentuje się w ten oto (niesamowity) sposób:
Po podziwianiu pięknego widoku i zagrzaniu miejsca prezesa Levy’ego, udajemy się do gabloty z trofeami klubu. Począwszy od najokazalszego - Costa del Sol Trophy, do zwykłych, pomeczowych pamiątek, jak wyrzeźbiony wózek węgla, który jest prezentem od… Górnika Zabrze!
Po obejrzeniu jednej gabloty, udajemy się schodami w dół, aby przejść do - powiedzmy - drugiej gabloty. Naszym oczom ukazuje się duże pomieszczenie, z trzema, ważnymi elementami.
Pierwsze, co da się dostrzec to rozwieszone pod sufitem pojedyncze koszulki z wszystkich sezonów. Jest ich około 50, zatem wysoce prawdopodobne, że zaczęto je gromadzić od 1960/61 roku, kiedy to wygraliśmy słynny “Dubel”.
Kolejnym elementem pomieszczenia jest “gablotka”. Znajdują się w niej m.in. koszulka Jermaine’a Defoe oraz Ledley’a Kinga. Oczywiście obie są podpisane przez właścicieli. Oprócz trykotów za szkłem możemy znaleźć indywidualne nagrody piłkarzy, którzy zdecydowali się oddać swoje trofea do klubowego muzeum (np. nagroda dla Christiana Eriksena za najlepszego piłkarza ubiegłego sezonu).
Trzecim, chyba najciekawszym elementem opisywanego pomieszczenia jest (właściwie to są) tzw. Roll of Honour. Są to tablice z nazwiskami piłkarzy, którzy grając w Spurs, otrzymali swoje pierwsze powołanie do kadry. Począwszy od Billa Nicholsona, na Nabilu Bentalebie skończywszy.
Z wspomnianej sali udajemy się do raju każdego kibica Spurs. Do szatni! Wiedzie nas do niej korytarz, który za pewne wielu z Was widziało w telewizyjnych transmisjach. Szatnia, jak to szatnia. Zbyt wiele o niej nie wiemy, ponieważ to, co dzieje się za jej drzwiami wiedzą tylko piłkarze i sztab szkoleniowy. Jest jednak pewna ciekawostka, o której można wspomnieć. Kiedy Gareth Bale grał jeszcze w barwach Spurs, miał w szatni stałe miejsce. Było ono w rogu szatni, patrząc na skos od drzwi wejściowych. Co ciekawe, narożnik ten ma bogatą historię, bowiem zwykle na miejscu Garetha siadały największe gwiazdy i najlepsi motywatorzy w zespole. Bale, po opuszczeniu Tottenhamu namaścił swojego następcę, który zasiada na jego miejscu do dziś. Spytacie: kto to? Townsend.
Tymczasem ja, załączam zdjęcie z trykotem mojego ulubionego “Koguta”.
Z jednego piłkarskiego raju, przenosimy się do drugiego. Zmierzamy w stronę płyty boiska i ławki rezerwowych. Proszę mi zaufać, murawa prezentuje się znacznie lepiej, niż w telewizyjnych transmisjach. Jedyne, do czego można się przyczepić w nawierzchni na Lane, to narożniki boiska, przy których trawa ustępuje miejsca surowej, nieporośniętej ziemi.
Bycie tuż przy murawie, to świetna okazja, żeby zrobić sobie zdjęcie z ławki trenerskiej! Tak też zrobiłem i wam wszystkim polecam (najwygodniejsze krzesło, na jakim siedziałem!)
Nasza podróż po White Hart Lane dobiega końca. Ostatnim punktem Stadium Tour jest Hall of Fame, czyli tablica poświęcona wybitnym postaciom klubu, które wsławiły się czymś wyjątkowym i uświetniły historię klubu. Miano “Fame” uzyskuje się po zakończeniu kariery piłkarskiej. To, czy dany piłkarz trafi do Hall of Fame, zależy tylko i wyłącznie od klubu i jego zarządu.
Dziękuję serdecznie za poświęcony czas! Mam nadzieję, że chociaż w małym stopniu moja przygoda na White Hart Lane zachęci Was do pojechania na ten wspaniały stadion. Trzeba się spieszyć, bo niedługo - jak wiemy - będzie remontowany. Polecam wam zatem wydanie pieniędzy na taką wycieczkę do tego serca Tottenhamu. Gwarantuję, że nie będziecie żałować!
COYS!
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
